16 sierpnia 2009

Księżniczko!... w którym zamku straszysz?...

... rzekłby zapewne na mój widok niejeden złośliwy... Dlaczego? zastawiacie się Wy... Dlaczego? (mnie to spotkało), pytam ja...
Otóż wyglądam ostatnimi czasy wyjątkowo szpetnie... Swój uroczy nju luk zawdzięczam ospie wietrznej z powikłaniem w postaci ropnej... No ryczeć mi się chce, gdy zerkam w lustro i widzę te wulkany, które pstrzą się i mnożą na mojej facjacie, nie tylko facjacie, zresztą, bo inwazja potworów opanowała już szyję, plecy i tułów... Boli mnie skóra, boli mnie dusza... może myślicie, że histeryzuję, ale ja po prostu czuję się z tym podle. Dolegliwości chorobowe typu gorączka, bóle całego ciała, swędzonka co prawda już przechodzą, jednak pozostaje upokarzający problem szkaradnego wyglądu.
Boję się, że nie wyleczę tych zmian, że będzie się to ciągnąć miesiącami... boję się, że pozostaną mi blizny...
Wiem, że są gorsze choroby i większe zmartwienia, ale odkąd pamiętam nic nie dołowało mnie tak bardzo, jak moje problemy z cerą... A wiem co mówię, bo od 12 roku życia borykałam się z paskudnym trądzikiem, który okresowo przybierał naprawdę ostrą formę... Jedyne, co pomagało to antybiotyki lub tabletki hormonalne... Walka z tą "młodzieńczą" przypadłością trwała ponad 10 lat! I do tej pory mam kłopoty z cerą, daleko jej do ideału. I teraz co? Deja vu! Znów, to co się dzieje na mojej twarzy i daleko rozumianych okolicach, doprowadza mnie do czarnej rozpaczy.

Są jeszcze skutki uboczne mojego chorowania. W piękną słoneczną pogodę jestem od tygodnia więźniem w mieszkaniu. Zanim się wykaraskam, pogoda zdąży się zepsuć, a lato skończyć... Zapewne Dzidziol podłapie ode mnie wstrętne choróbsko. I tak oprócz własnych bolączek, będę miała dodatkowe- borykanie się z cierpieniami Dzidziola... Pozostaje tylko mieć nadzieję, że ospa obejdzie się z nim dużo łagodniej.... Oprócz tego 31 sierpnia mam egzamin państwowy na prawo jazdy. Do tego czasu miałam dokupić kilka godzin jazdy, by doskonalić parkowanie, zawracanie i tym podobne sztuczki, które tegoż doskonalenia w moim przypadku bardzo się domagały. Jestem uziemiona i jeździć mogę sobie w domu, palcem po mapie... Taa, myślę, że prawko mam już w kieszeni...
Tak tu trochę dramatyzowałam na pokaz, przyznaję. Jednak martwię, się co to będzie, nie na żarty. I nie do śmiechu jest mi, gdy patrzę się w lustro, bo i wielkość pryszczy, i ich liczba, przyprawiają o depresję. Smutno mi, bezradnie i przykro... Za stara jestem, by znów walczyć z trądzikopodobnymi przypadłościami. Czy nie wystarczy, że zmarnowały mi tyle młodzieńczych lat?...

23 czerwca 2009

Podróże...

Pogoda jaka jest, każdy widzi... Nic dziwnego więc, że znów łapią mnie tęsknoty za podróżą do zamorskich ciepłych krain.... Taaa... słoneczne plaże, tysiące odcieni błękitu nieba i morza, palmy i inne egzotyczne rośliny... sielanka, przygoda, odpoczynek... Taa...
I przyznam się, że i mi było dane skosztować odrobiny tego "luksusu" związanego z hasłem- zagraniczne wakacje. I proszę państwa, do tej pory 2 razy opuszczałam nasz piękny, aczkolwiek chłodny kraj, i co śmieszniejsze, raz była to Azja, a raz Afryka... Nieźle brzmi, co nie?... Zamiast zacząć skromnie od Europy, a najlepiej któregoś z sąsiedzkich państw, ja porwałam się na zwiedzanie odległych lądów. I już mi zazdrościcie tych podróży do Tajlandii oraz Kenii... bo pewnie skojarzenia z takimi krajami przychodzą na myśl, gdy mowa o tych egzotycznych kontynentach... Cóż muszę Was rozczarować... pierwsze wczasy były w Tunezji, drugie w Turcji... Pospolicie, co? Nie ma się czym chwalić?...
Ja jednak z nostalgią wspominam oba wyjazdy, tym bardziej, że w tym roku nie mam co liczyć na jakiekolwiek zagraniczne wczasowanie... Co gorsza, nie wiem czy i w przyszłych latach pojawi się taka szansa... W końcu wyprawa z małym dzieckiem to dużo większy koszt i więcej trudności organizacyjnych...
A ja tak uwielbiam zwiedzać, odkrywać nowe rzeczy, podziwiać urokliwe zakątki obcych miast i miasteczek, delektować się pięknem krajobrazu, cieszyć się beztroskim wypoczynkiem, chłonąć atmosferę danego miejsca... I co roku oglądam w Internecie galerie zdjęć z rajskich plaż Malediwów, Seszeli... niedostępnych dla mnie... I znów, co jakiś czas trafiam na strony biur podróży i marzę o tygodniu w Grecji, Hiszpanii lub Chorwacji... I nawet skłonna jestem pójść na kompromis (z Mężonkiem) ... nie muszę zaliczać rożnych wycieczek fakultatywnych, mogę większość czasu spędzić na plaży... byle tylko wyrwać się stąd... I czy ważne jest, że trochę koloryzuję, dyskretnie przemilczając fakt, że to właśnie na wakacjach najwięcej kłócę się z mężem, z powodu odmiennych oczekiwań co do urlopu -czytaj, on chce leżeć cały dzień na hotelowym leżaku, sącząc drinka przy basenie, a ja latać od rana po okolicy, niczym kot z pęcherzem, gdy żar leje się z nieba... Co z tego, że niemiłosierny skwar daje w kość, a wycieczki więcej człowieka zmęczą niż przyniosą mu radości... Tylko spójrzcie, czy dla takich widoków, nie jest warto to wszystko znieść;)...
TURCJA

Zastygłe w kamieniu postacie bajkowej Kapadocji
Taxi... przerwa obiadowa...;)
Jeden z uroczych hotelików
"Kominy wróżek", mnie się kojarzą z... grzybami ;) - Kapadocja
Phaselis, ruiny rzymskeigo akweduktu
Phaselis, malownicza zatoczka
i kolejna...
Kemer
Marina w Kemer
Bananowiec
Jeden z licznych minaretów, Camyuva

TUNEZJA

Hammamet, hotelowe "show"
Hammamet
Sidi Bou Said, Tunis
Jedne z wielu pięknych drzwi w Sidi Bou Said
Plaża o zmierzchu... Hammamet
Muzeum Bardo, Tunis

25 maja 2009

Dla Ciebie...

Dla Ciebie Mamo, piszę, choć Ciebie nie ma już ponad pół roku... Jest za to ciągle nieutulony żal, tysiące myśli i wspomnień... Jesteś w mym sercu, jak banalnie by to nie brzmiało, i w głowie, i czasem w dziwnych snach...
Nie mogę wysłać Ci kartki na Dzień Matki, nie mogę złożyć życzeń, uściskać Cię, ani zadzwonić... Cóż mi pozostaje... Piszę tych parę zdań, by utrwalić wspomnienie o wspaniałej osobie, jaką byłaś...
Do dziś nie znam nikogo, kto robiłby tak wspaniałe swetry, jak Ty kiedyś! Naprawdę, nie koloryzuję i nie wyolbrzymiam, bo tak trzeba mówić, o tych, co odeszli... Po prostu to szczera prawda! W czasach, gdy w sklepach nie można było znaleźć nic ciekawego, moje siostry paradowały w szkole w pięknych i efektownych sweterkach. Starsza zdobyła nawet w ten sposób przychylność germanistki w liceum, która zachwycała się Twoimi produkcjami i zawsze dyskutowała z nią na temat włóczkowych kombinacji. Nie było dla Ciebie rzeczy niemożliwych w tej materii! Każdy najbardziej wymyślny i skompilowany wzór, zarówno sploty warkoczy, liści, ażurów, rożnych przeplatanek, jak i wielobarwne kompozycje, nie stanowiły dla Ciebie tajemnicy. Bez skrupułów wykorzystywałyśmy z siostrami ten talent i cieszyłyśmy się z owoców Twej pracy przez tyle długich lat! Jeszcze, gdy byłam na studiach zrobiłaś mi parę naprawdę oryginalnych i pomysłowych swetrów, które uwielbiałam, i których zazdrościły mi koleżanki:).
Na tym nie kończy się lista Twoich artystycznych wyczynów. Gdy byłam mała, czyli w czasach PRLu, deficyt towarów w sklepach z wystrojem wnętrz, o ile takowe były... nie stanowił dla Ciebie problemu. Tkałaś piękne makatki, które ozdabiały ściany w naszym domu. A kot w butach z wielką maczugą, którego wydziergałaś i powiesiłaś mi nad łóżeczkiem, odganiał wszelkie potwory i zapewniał, wiecznie bojącemu się dziecku, spokojny sen... ;) Często gęsto coś też uszyłaś. Teraz powiedziałoby się, że byłaś twórcza i kreatywna ;), i że potrafiłaś sobie świetnie radzić w tych bezbarwnych i trudnych czasach, przydając naszemu życiu szyku i kolorów...
Ale to przecież nie koniec Twoich manualnych popisów. Torty! Nikt nie ozdabiał ich tak pięknie, jak Ty! Pamiętam, jak miałam lat może z pięć i bawiłam się w piasku z moją sąsiadką- rówieśniczką. Robiłyśmy jakieś "pyszne" piaskowe ciastka. I tak będąc przy kulinarnym temacie, pokłóciłam się z koleżanką, o to czyja mama robi piękniejsze torty. Dyskusja była zażarta, kto wygrał, nie pamiętam, ale oczywistą oczywistością jest i po latach dalej będę się przy tym upierać, że nikt ze znajomych nie robił takich ślicznych tortowych kwiatków, zawijasów, fijorków, traktorów i zwierzątek, jak Ty! Zresztą piekłaś też dużo i pysznie! Niedziele, kiedy nie było u nas słodkiej przekąski w domu, należały do rzadkości. Zaś na Święta kilkanaście! gatunków ciast i ciasteczek było standardem... Cóż, zdaje się, że to zamiłowanie do cukiernictwa odziedziczyły wszystkie twoje córki.... :)
Byłaś, Mamo jedną z najbardziej pracowitych osób jakie znam! Zaradna, gospodarna, niestrudzona... Codzienne wstawanie przed 5 rano, żeby zrobić obrządki, praca w gospodarstwie i na roli, nieznająca urlopów, weekendów ani świąt... Do tego ogród kwiatowy i warzywny. A w zimie spiżarnia pełna przetworów. Byłaś też mistrzynią domowych wędlin, takich, że palce lizać! A tak smakowitych kotletów mielonych, bigosu i barszczu wigilijnego, nie robił i nie robi nikt! Lubiłaś kwiaty... Miałaś do nich rękę... Dom pełen jest dorodnych okazów i rożnych gatunków roślin, które hodowałaś przez lata... Lubiłaś też zwierzęta... I kiedyś nie wahałaś sie zejść na dno studni, by ratować, z narażeniem własnego życia, naszego kundelka, który wskoczył do niej w pogodni za kotem...
Byłaś Mamo dobrym i mądrym człowiekiem. Dzielną kobietą, która w jakiś niepojętny sposób ogarniała ten nasz prywatny dom wariatów...Z jednym mężem przez bodajże 40 lat! Nie do pomyślenia!... Czwórka dzieci... Każde wyrosło na ludzi, pokończyło studia, założyło rodziny... Cierpliwa, serdeczna, pogodna, towarzyska i dowcipna. Pełna energii, nigdy nie użalałaś się nad sobą, twarda babka, jednym słowem!;) Lubiłaś ludzi, ploteczki, pogaduszki... Do tańca i do różańca... Typowa kobieta, która nie pokazała się ludziom na oczy bez odpowiedniego makijażu, stroju i biżuterii... Szafa pełna jest Twoich ubrań, w szufladzie nudzą się sznury koralików, kolczyki i ta nowa ładna bluzka, której nie zdążyłaś nigdy ubrać...

Brakuje mi Ciebie, myślę codziennie, wspominam... lecz z nikim o Tobie nie rozmawiam... bo skończyłoby się to potokiem łez, a chyba tak jak Ty, nie lubię przed kimś ryczeć i użalać się nad sobą... I teraz dopiero dostrzegam wiele podobieństw między nami... I czasem, gdy wydarzy się coś nowego, w głowie pojawia się niedorzeczna myśl: zadzwonię do mamy!... Czasem nie dociera do mnie, że Cie już nie ma... To takie dziwne... Przecież zawsze byłaś... a dom trząsł się w posadach od Twego donośnego głosu...
Dziś Taty urodziny.... a jutro, Mamo, Twoje święto... Dwie ważne uroczystości prawie naraz... Co roku o tej porze do rodziców wędrowały dwie kartki z życzeniami... Pierwszy raz dotrze tylko jedna...

Mamo,
życzę Ci spokoju, miłości, radości, gdziekolwiek teraz jesteś.... i mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa....

29 kwietnia 2009

"Czasem słońce, czasem deszcz"...

Choć za oknem od kilku dni bezsprzecznie króluje słońce, mnie brak pogody ducha... Bo w życiu bywa tak, raz do przodu a raz wspak!... czyli zgodnie z tytułem bollywoodzkiego hitu, którego, przyznam, nie oglądałam, ale tytuł ten brzmi niczym uniwersalne motto. Bo czyż nie jest tak, że raz na wozie, a raz pod...? Odczepię się wreszcie od przysłów i przejdę do rzeczy.
Parę dni temu miałam paskudny nastrój, który utrzymywał się przez kilka dni... Wiele rzeczy mnie drażniło, ciągle coś nie po myśli się układało, drobiazgi wytrącały z równowagi i życie wydawało się bez sensu. Znacie to?... Nikt z przyjaciół nie miał czasu (a może chęci?) na spotkanie, a mąż jakoś nie przejawiał inicjatywy, by wspólnie z małżonką robić cokolwiek począwszy od rzeczy niegrzecznych i ekscytujących na banalnych i nudnych skończywszy. Fatalnie. Gdy się załapię na ten parszywy humorek, świat przesyła mi ironiczne uśmieszki, dając do zrozumienia, że nie liczę się dla nikogo, nic ciekawego sobą nie reprezentuję, zaś moja egzystencja jest szara, nudna, bez wartości...
Miotam się... staram zebrać w sobie, nie ulegać pesymizmowi, który niestety jest częścią mojej natury i który dziedziczę po tacie... Tłumaczę sobie, że to hormony, niekorzystne biorytmy, że to minie, i że każdy ma czasem gorsze dni... Tylko spokojnie, mówię sobie. Usprawiedliwiam przyjaciół, tłumię żal do nich, a pytanie czy mnie jeszcze lubią i co zrobić by lubili znów?, bardziej? spycham głęboko. Walczę z pokusą, by się na nich śmiertelnie obrazić. Męża zadręczam pytaniami bez sensu, dlaczego tak mało ze mną spędza czasu, dlaczego mnie nie przytula, nie rozmawia, itd. I już zastawiam się czy mnie kocha, czy ja kocham jego, do czego zmierza nasz związek.... czy jestem szczęśliwa? Robię się zrzędliwa i nerwowa, choć zazwyczaj łagodna ze mnie persona, która 2 razy zastanowi sie zanim coś powie, żeby nie sprawić komuś przykrości. Dlatego staram się tłumić złe myśli, które wydają się trochę irracjonalne. Męczę się sama ze sobą. Tak naprawdę czuję się samotna i zagubiona i nie radzę sobie z emocjami, życie mnie przerasta. W takich chwilach nic mnie nie interesuje, nic nie cieszy, martwy punkt... I jak ja nie cierpię siebie takiej! Jak tęsknię za pewnością siebie, wewnętrznym spokojem i ładem wartości, bez głupich znaków zapytania, które podważają sens mojego aktualnego życia... Dojrzałość, akceptacja, dystans i wyrozumiałość, nie-miotanie się, wewnętrzny chaos, niepewność i rozdrażnienie...
Robię tu sobie małą psychoterapię i zastanawiam się czy ktoś mnie rozumie, czy nie za bardzo mieszam?
Parszywy humor powoli mija,a może raczej zmienia się moje podejście do rzeczywistości. Trudne pytania ciągle kołaczą się w mojej głowie, wątpliwości nie znikają, przyszłość staje pod wielkim znakiem zapytania... boję się tego, co przyniesie los... wiem jaki okrutny bywa... Jednocześnie marzę o radości, odrobinie beztroski, pragnę, by wydarzyło się coś dobrego i ożywczego. Chciałabym nabrać wiatru w żagle... rozwinąć skrzydła...

2 marca 2009

Sensacyjna wiadomość plus takie tam informacje ;)

Hmm... kiepska średnia mi wychodzi w moim blogowaniu, bo raz na miesiąc... Ale nie tylko mnie dopadł taki leń, bo na wielu blogach częstotliwość ukazywania się postów też mniejsza... A teraz przyjdzie wiosna i czasu i ochoty będzie jeszcze mniej... hi hi...
Zatem co tam u mnie?...
Po pierwsze nius nad niusy! Zapisałam się wreszcie na kurs prawa jazdy! Jestem przeszczęśliwa i dumna z siebie, że wreszcie pokonałam lęki i opory! Na razie mam tylko teorię, ale od czegoś trzeba zacząć. Dziś pędzę na drugie zajęcia!:) Perspektywa mnie za kółkiem nie wydaje się juz taką totalną abstrakcją a nawet jest to lekko eksytująca wizja... Mam nadzieję, że polubię bycie kierowniczką, że nauczę się jeździć, i że stanie się to jednym z moich ulubionych a jednocześnie zwyczajnych zajęć.
Pewnie nie będę ani odrobinę oryginalna, gdy powiem, że szaleńczo wprost nie mogę się doczekać wiosny! Za zimą nigdy nie przepadałam, ale luty jest dla mnie szczególnie ciężkim miesiącem... Nie daję rady i usycham z tęsknoty za każdym promykiem słońca, zielenią i niebieskim niebem... Na szczęście już marzec, a dziś od rana słońce na horyzoncie! Aż żyć się zachciewa i energia dopisuje, co widać choćby, po tym , że wreszcie zabrałam sie za napisanie posta ;P
W tym roku zależy mi na szybkim nadejściu wiosny podwójnie. Otóż mój domek potrzebuje ciepła, by mogły mu wyschnąć tynki i wylewki. A gdy będą już wreszcie suche, to wkroczy brygada malarska w osobach mnie i Mężonka! Zapału mam tyle, że po nocach spać nie mogę. Ale znając życie, jak przyjdzie co do czego, to po pierwszym malowaniu jednego pokoju entuzjazm pewnie osłabnie... W końcu, nie jest to wcale taka lekka robota...
Co do domku, to nic o nim nie pisałam jakoś. I znów nie napiszę zbyt wiele, poza tym , że mam nadzieję, że uda nam się w lecie wprowadzić. Skręcam się w środku, tak się nie mogę doczekać...
Ps. A dziś miało być o czym innym...

27 stycznia 2009

"Nie masz pomysłu na obiad?"...

Proszę Pań! Jestem, żyję, choć przyznaję, że w pewnym sensie przepadłam, zaginęłam w akcji...
Co pochłania mnie bez reszty, poza planowaniem, gdzie mają być grzejniki czy też umywalka? No więc nie jest to digitalscrabbooking, zwany szkrapowaniem... Nie... Tę miłość także co nie co zaniedbuję... Otóż...
Nie każdy zapewne wie, lecz teraz się dowie, że ja uwielbiam kucharzyć! Otóż to! Gotowanie i pieczenie, duszenie, doprawianie i eksperymentowanie kulinarne! Te wszystkie aromaty i smaki! Ach i och! Szaaaleeństwo!
Codziennie wertuję internetowe strony w poszukiwaniu inspiracji. Wzdycham do apetycznych fotosów, podziwiam cudzy kunszt w wypiekaniu bułeczek czy spreparowaniu smakowitej pieczeni. A potem z głową pełną pomysłów biorę się do dzieła!
Dla mnie gotowanie to sztuka, pasja i styl życia niemalże! Dobre danie, proste i zaskakujące połączeniem smaków, wykwintnie podane -oto mój ideał. Własnoręcznie przyrządzony obiad, to jest to! I wszystko z naturalnych składników, bez sztucznych dodatków i półproduktów! (a przynajmniej staram się do tego dążyć). Zdrowo i smacznie! Prawdziwe jedzenie! Niech się schowają wszelkie zupy w proszku czy inne pseudojedzenie. I parafrazując slogan z pewnej reklamy: "Nie masz pomysłu na obiad?"... Znajdź go w internecie na jednym z wielu kulinarnych portali czy blogów!
W nowej kuchni, tak sobie marzę, by mieć więcej sprzętów wspomagających moje kulinarne zapały. Zamierzam też wyhodować swój prywatny mały zielnik, by pod ręką mieć zawsze ulubioną bazylię czy rozmaryn chociażby! By rozwinąć skrzydła przyda mi się pojemniejsza lodówka, większy blat roboczy, wspomniane już nowe sprzęty, jak na przykład maszynka do mielenia mięsa, czy robot kuchenny z prawdziwego zdarzenia! Więcej naczyń też by się przydało... A perspektywa urządzenia nowej kuchni wiąże się dla mnie z jeszcze jedną, cudowną niemalże, okolicznością... Zamieszka w niej wytęskniona-zmywarka! Bo choć pichcić i piec, to ja lubię, to zmywać całej sterty naczyń potem, już nie bardzo...;)
Przede mną nowe nieznane kulinarne horyzonty... Bo o ile lubię eksperymentować i wymyślać nowe potrawy, to przyznaję, że zaniedbałam nieco tradycyjną kuchnię... Toteż zamierzam zgłębić tajniki produkcji ciasta drożdżowego, by piec pity, chleb czy pizzę na cieniutkim spodzie! Drugim kulinarnym Everestem są pierogi... Wstyd się przyznać, ale jakoś tak pogardzałam nimi przez wiele lat, później oswajałam się w różnego rodzaju pierogarniach, a teraz dojrzałam, by lepić je samodzielnie. Do menu Wiedźmowej kuchni zamierzam włączyć też więcej dań z ryb, sałatek i różnego rodzaju potraw wegetariańskich.
Wiele wyzwań przede mną. Już zacieram ręce! A dziś na obiad będą: Udka w glazurze brzoskwiniowej według Asi z mojej ulubionej Kwestii Smaku. :) Oto przepis:
http://www.kwestiasmaku.com/kuchnia_polska/kurczak/w_glazurze_brzoskwiniowej/przepis.html

A oto kilka ulubionych stron, które są dla mnie istną skarbnicą pomysłów na jedzonkowe ekscesy;) :
Ps. Tutaj jest trochę dziwnie, jeśli chodzi o odpisywanie na komentarze, bo jeśli się od razu nie odpisze, to później nie można każdemu odpowiedzieć pod jego tekstem, tylko na końcu, pod wszystkimi wpisami. Postaram się odpisywać każdemu, więc wszystkich zainteresowanych komentarzowym dialogiem zapraszam na koniec listy:)

8 stycznia 2009

Odnowa i od nowa

Zaczynam blogowanie od nowa i jest to swoista odnowa... w innym miejscu, pod innym adresem, w nowym roku... Chciałabym, żeby ten blog różnił sie trochę od poprzedniego... żeby było tematycznie, a nie tak o wszystkim i o niczym... aby było więcej refleksji, dystansu, spokoju i poczucia humoru zaś mniej moralizowania i wymądrzania się... (co, wierzcie mi, jest trudne, gdy się jest Wszystkowiedzącą Wiedźmą Ple Ple) ;) . Czy się uda, zobaczymy...
Póki co, mam sporo zapału i mnóstwo myśli, które proszą się, bym ulżyła mojej biednej głowie i uwolniła je na wirtualny papier ;)
Po pierwsze zacznę od tego, że mam dziś prywatne święto! Dzidziol kończy półtora roku!... Stary chłop z niego. Kochany, mądry, wesoły i ciekawski! I strasznie całuśny ostatnio ;) Do tej pory, kiedy się go poprosiło, by dał buziaka, to tak śmiesznie nadstawiał czoło do cmoknięcia. A od dwóch dni daje siarczyste i namiętne całusy prosto w usta! Z uroczystym mlasknięciem! Namiętne... a przy tym oślinione i osmarkane... tak w ramach bonusu z okazji wyrzynających sie nagminnie ząbków oraz wrednego choróbska, które męczy bidulka od świąt. Ja zresztą też najzdrowsza nie jestem...
Dziś także kolejny tydzień nowego roku... Siedem dni temu był sylwester... niezbyt radosny dla mnie... ale gdzieś niedawno słyszałam, że kto łzami zaczyna, śmiechem kończy... Oby!
A jako że nowy rok nastał, przydałoby się poczynić jakieś plany i postanowienia noworoczne. Do tej pory raczej dawałam sobie z tym spokój, gdyż systematyczność i konsekwencja w dążeniu do wytyczonego celu, nie są niestety moimi cnotami... Za to dysponuję wiedzą, że mało komu takie postanowienia udaje się zrealizować, więc bardzo praktycznie oszczędzałam sobie niepotrzebnych frustracji i poczucia winy. Teraz jednak pokuszę się choćby o zarys programu na ten rok.
Chciałabym być bardziej zorganizowana i marnować mniej czasu, wykorzystywać go efektywniej, pożyteczniej, ciekawiej. To takie ogólne założenie. Poza tym mam nadzieję zrobić prawo jazdy, co jest dla mnie nie lada wyzwaniem i wiąże się ze sporym stresem... Chciałabym systematycznie codziennie, w miarę możliwości szkolić mojego inglisza w domu. Marzę o wyjeździe wakacyjnym w jakieś urocze i ciepłe miejsce. No i że uda nam sie wykończyc nasz domek i urządzić go jak najprędzej, tak byśmy mogli się tam w miarę szybko przeprowadzić. Chciałabym mieć fajnych sąsiadów, z którymi się zaprzyjaźnimy i w ogóle, by dobrze nam się mieszkało w tamtym miejscu... Oj dużo bym chciała... A to przecież nie wszystko. Bo przede wszytskim chciałabym, by ten rok był lepszy od poprzedniego, by nie przyniósł żadnych okrutnych i bolesnych wiadomości, by zdrowie dopisywało, a życie toczyło się spokojnie i w miarę szczęśliwie. Czego sobie, swoim bliskim i Wam życzę!