25 maja 2009

Dla Ciebie...

Dla Ciebie Mamo, piszę, choć Ciebie nie ma już ponad pół roku... Jest za to ciągle nieutulony żal, tysiące myśli i wspomnień... Jesteś w mym sercu, jak banalnie by to nie brzmiało, i w głowie, i czasem w dziwnych snach...
Nie mogę wysłać Ci kartki na Dzień Matki, nie mogę złożyć życzeń, uściskać Cię, ani zadzwonić... Cóż mi pozostaje... Piszę tych parę zdań, by utrwalić wspomnienie o wspaniałej osobie, jaką byłaś...
Do dziś nie znam nikogo, kto robiłby tak wspaniałe swetry, jak Ty kiedyś! Naprawdę, nie koloryzuję i nie wyolbrzymiam, bo tak trzeba mówić, o tych, co odeszli... Po prostu to szczera prawda! W czasach, gdy w sklepach nie można było znaleźć nic ciekawego, moje siostry paradowały w szkole w pięknych i efektownych sweterkach. Starsza zdobyła nawet w ten sposób przychylność germanistki w liceum, która zachwycała się Twoimi produkcjami i zawsze dyskutowała z nią na temat włóczkowych kombinacji. Nie było dla Ciebie rzeczy niemożliwych w tej materii! Każdy najbardziej wymyślny i skompilowany wzór, zarówno sploty warkoczy, liści, ażurów, rożnych przeplatanek, jak i wielobarwne kompozycje, nie stanowiły dla Ciebie tajemnicy. Bez skrupułów wykorzystywałyśmy z siostrami ten talent i cieszyłyśmy się z owoców Twej pracy przez tyle długich lat! Jeszcze, gdy byłam na studiach zrobiłaś mi parę naprawdę oryginalnych i pomysłowych swetrów, które uwielbiałam, i których zazdrościły mi koleżanki:).
Na tym nie kończy się lista Twoich artystycznych wyczynów. Gdy byłam mała, czyli w czasach PRLu, deficyt towarów w sklepach z wystrojem wnętrz, o ile takowe były... nie stanowił dla Ciebie problemu. Tkałaś piękne makatki, które ozdabiały ściany w naszym domu. A kot w butach z wielką maczugą, którego wydziergałaś i powiesiłaś mi nad łóżeczkiem, odganiał wszelkie potwory i zapewniał, wiecznie bojącemu się dziecku, spokojny sen... ;) Często gęsto coś też uszyłaś. Teraz powiedziałoby się, że byłaś twórcza i kreatywna ;), i że potrafiłaś sobie świetnie radzić w tych bezbarwnych i trudnych czasach, przydając naszemu życiu szyku i kolorów...
Ale to przecież nie koniec Twoich manualnych popisów. Torty! Nikt nie ozdabiał ich tak pięknie, jak Ty! Pamiętam, jak miałam lat może z pięć i bawiłam się w piasku z moją sąsiadką- rówieśniczką. Robiłyśmy jakieś "pyszne" piaskowe ciastka. I tak będąc przy kulinarnym temacie, pokłóciłam się z koleżanką, o to czyja mama robi piękniejsze torty. Dyskusja była zażarta, kto wygrał, nie pamiętam, ale oczywistą oczywistością jest i po latach dalej będę się przy tym upierać, że nikt ze znajomych nie robił takich ślicznych tortowych kwiatków, zawijasów, fijorków, traktorów i zwierzątek, jak Ty! Zresztą piekłaś też dużo i pysznie! Niedziele, kiedy nie było u nas słodkiej przekąski w domu, należały do rzadkości. Zaś na Święta kilkanaście! gatunków ciast i ciasteczek było standardem... Cóż, zdaje się, że to zamiłowanie do cukiernictwa odziedziczyły wszystkie twoje córki.... :)
Byłaś, Mamo jedną z najbardziej pracowitych osób jakie znam! Zaradna, gospodarna, niestrudzona... Codzienne wstawanie przed 5 rano, żeby zrobić obrządki, praca w gospodarstwie i na roli, nieznająca urlopów, weekendów ani świąt... Do tego ogród kwiatowy i warzywny. A w zimie spiżarnia pełna przetworów. Byłaś też mistrzynią domowych wędlin, takich, że palce lizać! A tak smakowitych kotletów mielonych, bigosu i barszczu wigilijnego, nie robił i nie robi nikt! Lubiłaś kwiaty... Miałaś do nich rękę... Dom pełen jest dorodnych okazów i rożnych gatunków roślin, które hodowałaś przez lata... Lubiłaś też zwierzęta... I kiedyś nie wahałaś sie zejść na dno studni, by ratować, z narażeniem własnego życia, naszego kundelka, który wskoczył do niej w pogodni za kotem...
Byłaś Mamo dobrym i mądrym człowiekiem. Dzielną kobietą, która w jakiś niepojętny sposób ogarniała ten nasz prywatny dom wariatów...Z jednym mężem przez bodajże 40 lat! Nie do pomyślenia!... Czwórka dzieci... Każde wyrosło na ludzi, pokończyło studia, założyło rodziny... Cierpliwa, serdeczna, pogodna, towarzyska i dowcipna. Pełna energii, nigdy nie użalałaś się nad sobą, twarda babka, jednym słowem!;) Lubiłaś ludzi, ploteczki, pogaduszki... Do tańca i do różańca... Typowa kobieta, która nie pokazała się ludziom na oczy bez odpowiedniego makijażu, stroju i biżuterii... Szafa pełna jest Twoich ubrań, w szufladzie nudzą się sznury koralików, kolczyki i ta nowa ładna bluzka, której nie zdążyłaś nigdy ubrać...

Brakuje mi Ciebie, myślę codziennie, wspominam... lecz z nikim o Tobie nie rozmawiam... bo skończyłoby się to potokiem łez, a chyba tak jak Ty, nie lubię przed kimś ryczeć i użalać się nad sobą... I teraz dopiero dostrzegam wiele podobieństw między nami... I czasem, gdy wydarzy się coś nowego, w głowie pojawia się niedorzeczna myśl: zadzwonię do mamy!... Czasem nie dociera do mnie, że Cie już nie ma... To takie dziwne... Przecież zawsze byłaś... a dom trząsł się w posadach od Twego donośnego głosu...
Dziś Taty urodziny.... a jutro, Mamo, Twoje święto... Dwie ważne uroczystości prawie naraz... Co roku o tej porze do rodziców wędrowały dwie kartki z życzeniami... Pierwszy raz dotrze tylko jedna...

Mamo,
życzę Ci spokoju, miłości, radości, gdziekolwiek teraz jesteś.... i mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa....

29 kwietnia 2009

"Czasem słońce, czasem deszcz"...

Choć za oknem od kilku dni bezsprzecznie króluje słońce, mnie brak pogody ducha... Bo w życiu bywa tak, raz do przodu a raz wspak!... czyli zgodnie z tytułem bollywoodzkiego hitu, którego, przyznam, nie oglądałam, ale tytuł ten brzmi niczym uniwersalne motto. Bo czyż nie jest tak, że raz na wozie, a raz pod...? Odczepię się wreszcie od przysłów i przejdę do rzeczy.
Parę dni temu miałam paskudny nastrój, który utrzymywał się przez kilka dni... Wiele rzeczy mnie drażniło, ciągle coś nie po myśli się układało, drobiazgi wytrącały z równowagi i życie wydawało się bez sensu. Znacie to?... Nikt z przyjaciół nie miał czasu (a może chęci?) na spotkanie, a mąż jakoś nie przejawiał inicjatywy, by wspólnie z małżonką robić cokolwiek począwszy od rzeczy niegrzecznych i ekscytujących na banalnych i nudnych skończywszy. Fatalnie. Gdy się załapię na ten parszywy humorek, świat przesyła mi ironiczne uśmieszki, dając do zrozumienia, że nie liczę się dla nikogo, nic ciekawego sobą nie reprezentuję, zaś moja egzystencja jest szara, nudna, bez wartości...
Miotam się... staram zebrać w sobie, nie ulegać pesymizmowi, który niestety jest częścią mojej natury i który dziedziczę po tacie... Tłumaczę sobie, że to hormony, niekorzystne biorytmy, że to minie, i że każdy ma czasem gorsze dni... Tylko spokojnie, mówię sobie. Usprawiedliwiam przyjaciół, tłumię żal do nich, a pytanie czy mnie jeszcze lubią i co zrobić by lubili znów?, bardziej? spycham głęboko. Walczę z pokusą, by się na nich śmiertelnie obrazić. Męża zadręczam pytaniami bez sensu, dlaczego tak mało ze mną spędza czasu, dlaczego mnie nie przytula, nie rozmawia, itd. I już zastawiam się czy mnie kocha, czy ja kocham jego, do czego zmierza nasz związek.... czy jestem szczęśliwa? Robię się zrzędliwa i nerwowa, choć zazwyczaj łagodna ze mnie persona, która 2 razy zastanowi sie zanim coś powie, żeby nie sprawić komuś przykrości. Dlatego staram się tłumić złe myśli, które wydają się trochę irracjonalne. Męczę się sama ze sobą. Tak naprawdę czuję się samotna i zagubiona i nie radzę sobie z emocjami, życie mnie przerasta. W takich chwilach nic mnie nie interesuje, nic nie cieszy, martwy punkt... I jak ja nie cierpię siebie takiej! Jak tęsknię za pewnością siebie, wewnętrznym spokojem i ładem wartości, bez głupich znaków zapytania, które podważają sens mojego aktualnego życia... Dojrzałość, akceptacja, dystans i wyrozumiałość, nie-miotanie się, wewnętrzny chaos, niepewność i rozdrażnienie...
Robię tu sobie małą psychoterapię i zastanawiam się czy ktoś mnie rozumie, czy nie za bardzo mieszam?
Parszywy humor powoli mija,a może raczej zmienia się moje podejście do rzeczywistości. Trudne pytania ciągle kołaczą się w mojej głowie, wątpliwości nie znikają, przyszłość staje pod wielkim znakiem zapytania... boję się tego, co przyniesie los... wiem jaki okrutny bywa... Jednocześnie marzę o radości, odrobinie beztroski, pragnę, by wydarzyło się coś dobrego i ożywczego. Chciałabym nabrać wiatru w żagle... rozwinąć skrzydła...

2 marca 2009

Sensacyjna wiadomość plus takie tam informacje ;)

Hmm... kiepska średnia mi wychodzi w moim blogowaniu, bo raz na miesiąc... Ale nie tylko mnie dopadł taki leń, bo na wielu blogach częstotliwość ukazywania się postów też mniejsza... A teraz przyjdzie wiosna i czasu i ochoty będzie jeszcze mniej... hi hi...
Zatem co tam u mnie?...
Po pierwsze nius nad niusy! Zapisałam się wreszcie na kurs prawa jazdy! Jestem przeszczęśliwa i dumna z siebie, że wreszcie pokonałam lęki i opory! Na razie mam tylko teorię, ale od czegoś trzeba zacząć. Dziś pędzę na drugie zajęcia!:) Perspektywa mnie za kółkiem nie wydaje się juz taką totalną abstrakcją a nawet jest to lekko eksytująca wizja... Mam nadzieję, że polubię bycie kierowniczką, że nauczę się jeździć, i że stanie się to jednym z moich ulubionych a jednocześnie zwyczajnych zajęć.
Pewnie nie będę ani odrobinę oryginalna, gdy powiem, że szaleńczo wprost nie mogę się doczekać wiosny! Za zimą nigdy nie przepadałam, ale luty jest dla mnie szczególnie ciężkim miesiącem... Nie daję rady i usycham z tęsknoty za każdym promykiem słońca, zielenią i niebieskim niebem... Na szczęście już marzec, a dziś od rana słońce na horyzoncie! Aż żyć się zachciewa i energia dopisuje, co widać choćby, po tym , że wreszcie zabrałam sie za napisanie posta ;P
W tym roku zależy mi na szybkim nadejściu wiosny podwójnie. Otóż mój domek potrzebuje ciepła, by mogły mu wyschnąć tynki i wylewki. A gdy będą już wreszcie suche, to wkroczy brygada malarska w osobach mnie i Mężonka! Zapału mam tyle, że po nocach spać nie mogę. Ale znając życie, jak przyjdzie co do czego, to po pierwszym malowaniu jednego pokoju entuzjazm pewnie osłabnie... W końcu, nie jest to wcale taka lekka robota...
Co do domku, to nic o nim nie pisałam jakoś. I znów nie napiszę zbyt wiele, poza tym , że mam nadzieję, że uda nam się w lecie wprowadzić. Skręcam się w środku, tak się nie mogę doczekać...
Ps. A dziś miało być o czym innym...