29 kwietnia 2009

"Czasem słońce, czasem deszcz"...

Choć za oknem od kilku dni bezsprzecznie króluje słońce, mnie brak pogody ducha... Bo w życiu bywa tak, raz do przodu a raz wspak!... czyli zgodnie z tytułem bollywoodzkiego hitu, którego, przyznam, nie oglądałam, ale tytuł ten brzmi niczym uniwersalne motto. Bo czyż nie jest tak, że raz na wozie, a raz pod...? Odczepię się wreszcie od przysłów i przejdę do rzeczy.
Parę dni temu miałam paskudny nastrój, który utrzymywał się przez kilka dni... Wiele rzeczy mnie drażniło, ciągle coś nie po myśli się układało, drobiazgi wytrącały z równowagi i życie wydawało się bez sensu. Znacie to?... Nikt z przyjaciół nie miał czasu (a może chęci?) na spotkanie, a mąż jakoś nie przejawiał inicjatywy, by wspólnie z małżonką robić cokolwiek począwszy od rzeczy niegrzecznych i ekscytujących na banalnych i nudnych skończywszy. Fatalnie. Gdy się załapię na ten parszywy humorek, świat przesyła mi ironiczne uśmieszki, dając do zrozumienia, że nie liczę się dla nikogo, nic ciekawego sobą nie reprezentuję, zaś moja egzystencja jest szara, nudna, bez wartości...
Miotam się... staram zebrać w sobie, nie ulegać pesymizmowi, który niestety jest częścią mojej natury i który dziedziczę po tacie... Tłumaczę sobie, że to hormony, niekorzystne biorytmy, że to minie, i że każdy ma czasem gorsze dni... Tylko spokojnie, mówię sobie. Usprawiedliwiam przyjaciół, tłumię żal do nich, a pytanie czy mnie jeszcze lubią i co zrobić by lubili znów?, bardziej? spycham głęboko. Walczę z pokusą, by się na nich śmiertelnie obrazić. Męża zadręczam pytaniami bez sensu, dlaczego tak mało ze mną spędza czasu, dlaczego mnie nie przytula, nie rozmawia, itd. I już zastawiam się czy mnie kocha, czy ja kocham jego, do czego zmierza nasz związek.... czy jestem szczęśliwa? Robię się zrzędliwa i nerwowa, choć zazwyczaj łagodna ze mnie persona, która 2 razy zastanowi sie zanim coś powie, żeby nie sprawić komuś przykrości. Dlatego staram się tłumić złe myśli, które wydają się trochę irracjonalne. Męczę się sama ze sobą. Tak naprawdę czuję się samotna i zagubiona i nie radzę sobie z emocjami, życie mnie przerasta. W takich chwilach nic mnie nie interesuje, nic nie cieszy, martwy punkt... I jak ja nie cierpię siebie takiej! Jak tęsknię za pewnością siebie, wewnętrznym spokojem i ładem wartości, bez głupich znaków zapytania, które podważają sens mojego aktualnego życia... Dojrzałość, akceptacja, dystans i wyrozumiałość, nie-miotanie się, wewnętrzny chaos, niepewność i rozdrażnienie...
Robię tu sobie małą psychoterapię i zastanawiam się czy ktoś mnie rozumie, czy nie za bardzo mieszam?
Parszywy humor powoli mija,a może raczej zmienia się moje podejście do rzeczywistości. Trudne pytania ciągle kołaczą się w mojej głowie, wątpliwości nie znikają, przyszłość staje pod wielkim znakiem zapytania... boję się tego, co przyniesie los... wiem jaki okrutny bywa... Jednocześnie marzę o radości, odrobinie beztroski, pragnę, by wydarzyło się coś dobrego i ożywczego. Chciałabym nabrać wiatru w żagle... rozwinąć skrzydła...

10 komentarzy:

  1. Znam rozterki i miewam podobne. Ojciec Góra mawia, że na problemy egzystencjalne najlepsza jest praca. Może czas pójść na urlop, na np pół etatu, pobyć z ludźmi, zacząć tryb dnia z zegarkiem w ręku (co wbrew pozorom dobrze robi psychice i hormonom).
    buziaki

    OdpowiedzUsuń
  2. każdemu z nas trafiają się takie dni ale nie można się poddawać trzeba znaleźć sposób aby się ich pozbyć to nie jest łatwe ale tak po prawdzie nikt nam nie obiecywał że będzie łatwo, miło i przyjemnie

    OdpowiedzUsuń
  3. oj znam takie dni, znam, ale one też sa nam potrzebne. najważniejsze, żeby wziąć się w garść i nie dać się, zawalczyć z przeciwnościami, drobiazgami-hehe i to pisze Migdałowa, która sama od kilku dni nie grzeszy dobrym humorem...

    OdpowiedzUsuń
  4. do Gabi: też jestem tego zdania co ojciec Góra... gdy się człowiek zmęczy i zrobi coś pożytecznego, to nie ma czasu i chęci na wymyślanie... ;) urlop niech sobie jednak jeszcze trochę poczeka...;) Buziak

    OdpowiedzUsuń
  5. do Tosi: oj wiem, wiem... nie można się takim nastrojom poddawać, bo do niczego to dobrego nie prowadzi... :)

    OdpowiedzUsuń
  6. do Migdałowej: oj wiem Migdałowa, że u Ciebie tez ostatnio humor bywał nietęgi... ale musimy się wziąć w garść i patrzeć z optymizmem na siebie i w przyszłość... bo co innego pozostaje...;)

    OdpowiedzUsuń
  7. W końcu mogę zostawiać komentarze (sprawdziłam u innych na tym portalu:))i nie wiem czym wcześniej było to spowodowane, ale ciesze się niezmiernie...
    Widzę, że u Ciebie zupełnie jak i u mnie, wiosna a my jak na jesień przygotowane.
    Mam nadzieję moja droga, że już lepiej, no i jak Twoje prawko, kontynuujesz nadal, jakaś wiedza, teoria?
    Pozdrawiam cieplutko -kajtusiowa mama

    OdpowiedzUsuń
  8. do Hanusi:) Witaj kochana! Raz lepiej raz gorzej, ale staram się te moje humorki jakoś opanować i nie pozwalać im sobą rządzić;) Prawko robię, a jakże! Jetem po bodajże 12 godzinie jazdy i coraz lepiej mi idzie, choć ciągle jakieś drobne błędy popełniam, ale licze, że będzie mi coraz sprawniej szło:) Buziaki:) Cieszę się, że się udało z komentarzem:)

    OdpowiedzUsuń
  9. mama urwisów14 maja 2009 20:06

    Czasami są takie dni,że wszystko drażni,wkurza,denerwuje,całkiem bez powodu.Czasami winne są hormony,innym razem coś innego.Nie warto się poddawać,tylko trzeba myśleć pozytywnie.Niestety mam też z tym problem.Mam nadzieję,że dobry nastrój już wrócił:)Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  10. ha znalazłam Cię!!!!
    bo byłaś u mnie, a adresu zwrotnego nie zostawiłaś :)

    OdpowiedzUsuń